Drużyna pierścienia

mg_8576

Poranek jak każdy inny, słońce, góry, Ladakhiczycy w namiotach pichcą coś od wschodu i rozmawiają w tym swoim dziwnym i trudnym języku, powtarzając co chwilę Julley.

Wstajemy powoli, zmęczeni dniem wczorajszym, a może raczej poprzednią nocą. Leniwie spod kołdry w blaszanym baraku wyłaniają się spalone gęby Prezesa, Karolka i Grubera. Nie chce mi się wierzyć ze to ostatni wspólny poranek, ale z każdą spakowaną rzeczą do plecaka ich marzenie o dziewiczych górach Zanskaru zbliża się nieubłaganie. A moja egoistyczna myśl o rozstaniu z przyjaciółmi rośnie, rośnie również samotność, gdyż opuszczają nas niesamowici ludzi, bez których nie byłbym tam gdzie jestem. A siedzę właśnie pośrodku Himalajów, w miejscu będącym marzeniem dla milionów, pośród szpiczastych, obsypanych śniegiem szczytów, do których przyczepiona do podnóża rozciąga się skalista pustynia, po której jak waz wije się rozszarpana na strumyczki rzeka.

Czekamy na otwarcie drogi do Manali, by  ruszyć jak najprędzej do Mumbaju. Ale przed tym jemy ostatni wspólny posiłek, ziemniaczki, omleciki, Karol z Kuba piszą listy do bliskich, które mam wysłać jak tylko dotrę do cywilizacji. przygotowują wraz z Prezesem plecak, motocykle zostawiają w bezpiecznym miejscu i zapraszają na ostatnia herbatę.

Ostatni poranek, śniadanie i herbata, oni coraz bardziej szczęśliwi a ja coraz bardziej zmieszany. Duma i szczęście jest we mnie ze realizują swoje marzenia, cele. Optymizmem napawa mnie postawa mojego kuzyniaka, Grubera, który podczas wyjazdu wyszedł ze studenckiego letargu, zdobywa teraz szczyty i pogłębia przyjaźnie.

Z drugiej strony czuje smutek, ze mnie z nimi tam nie będzie, chciałbym z nimi odkrywać nie odkryte, zdobywać nie zdobyte, bo to jest to co lubię , ale niestety nie tym razem, muszę zostać, znaleźć motocyklową drogę do Polski na tyle dobra i bezpieczna by chłopaki gdy tylko wrócą z gór, mogli podążyć naszym szlakiem.

Zarzucają plecaki i idą. Kusior idzie z nimi, by nacieszyć się ostatnia rozmowa, a ja uciekam do Kapuścińskiego i Jego podroży z Herodotem. Czytając o wyprawie Kserksesa na Grekowi, kropla mojej krwi spada na książkę, podnoszę wzrok i po drugiej stronie rzeki chłopaki idą dumnie w linii, bok w bok, ramie w ramieniu. Prezes, Kuba, Karol, i odprowadzający ich Kusior. Moje nogi aż się same rwą, by za nimi popędzić, ale rozum silniejszy, zakładam okulary by dostrzec ich lepiej. Żegnam ich w duchu raz jeszcze, gdy oni znikają za pierwszą gorą.

Chłopaki dzięki za te 3 miesiące braterstwa, abyście szybko do nas dołączyli by Royaliści byli znów razem na szlaku.
Na życzenie chłopaków, piosenka!

1 komentarz»

  1. Komentarz by mama Michała — 2010/06/26 @ 20:25

    pies drapał miłość,przyjaźń to jest coś.

Dodaj komentarz

 
  • Blip
  • Twitter
  • Facebook